Hawke – ciekawy bohater

Wielu graczy po prostu odbiło się od Dragon Age’a 2. A szkoda, bo pomimo wielu niedoróbek gra ma też pewne zalety, wśród nich jedną z większych jest postać głównego bohatera. Hawke to jedyny jak na razie gier z tej serii, którego imię i pochodzenie zostało z góry określone, może też dlatego wydaje się najbardziej interesujący, zwłaszcza w sarkastycznym wydaniu.
W przeciwieństwie do bohaterów pierwszej części i Inkwizycji, Hawke nie jest w żaden sposób predestynowany do odegrania znaczącej roli w wydarzeniach niezwykłej wagi. Wprawdzie pochodzi z dość zamożnego domu, jednak ani on ani krewni z którymi ucieka do Kirkwall nie mają dostępu do swoich zasobów. Nawet samo przedostanie do miasta nie jest łatwym zadaniem. I zanim stanie on się osobistością znaną, upłynie kilka lat.
Trzeba autorom przyznać, że Hawke jest świetnie napisaną postacią. Jest bystry, potrafi skontrować ciętą ripostą. Jeśli ktoś nie chce grać w DA 2 warto, żeby poszukał na ytube kompilacji jego sarkastycznych odpowiedzi. Gwarantuję, że nie będzie tego żałował.
Szkoda, że przez niezbyt ciepłe przyjęcie DA 2 tak ciekawa postać jak Hawke prawdopodobnie zginie w morkach niepamięci. Nie zasłużył(a) na to. Choć może jeszcze da się go uratować…

Dlaczego twórcy nie optymalizują gier?

Gracze pecetowi nie mają lekko. Nie dość, że wiele tytułów ukazuje się tylko i wyłącznie w wersjach na konsole (narzekających na to zjawisko ochrzczono złośliwie „PC beggar race”), to jeszcze te co się ukazują są niejednokrotnie zwyczajnie niedopracowane. I nie chodzi tylko o niedoróbki i błędy jakie wkradają się do rozgrywki, ale i o niesamowicie wysokie wymagania sprzętowe wynikające z tego, że twórcy odpuścili sobie pracę nad optymalizacją kodu gry.
Twórcy wychodzą z założenia, że jeśli ktoś ma komputer i na nim gra, to zapewne dysponuje niezwykle mocnym sprzętem, więc po co starać się by grę dało się uruchomić również na nieco starszych maszynach. Nie jest to zbyt uczciwe podejście, ale trudno cokolwiek na nie poradzić. Można co najwyżej nie kupować tworzonych przez nich gier.
Przed premierą Wiedźmina 3 wiele kontrowersji wzbudziły bardzo wysokie wymagania sprzętowe gry. Do samego uruchomienia jej w najniższych detalach miał być potrzebny niezwykle mocny sprzęt. Trzeba jednak twórcom przyznać, że gra ma niezwykle wymagający silnik graficzny, na dodatek wygląda niemalże olśniewająco, toteż w tym przypadku problemem nie było odpuszczenie optymalizacji. Zresztą gra uruchamiała się i działała płynnie również na komputerach nie spełniających wymagań podanych przez producenta.

Dlaczego lubimy zabijać (w grach)?

Większość ludzi nie jest żądnymi krwi sadystami. Nie jest nimi również większość graczy. A jednak dużo osób lubi grać w gry, w których dokonuje się mniej lub bardziej uzasadnionej hekatomby wrogów (poza nawias wyrzucam gry, w których przemoc nie znajduje żadnego uzasadnienia jak Postal, czy Hatred). Dlaczego tak jest?
Oczywiście odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, ale można to tłumaczyć trybem życia współczesnego człowieka. Funkcjonuje on bardzo często pod presją czasu, jest zestresowany, co sprawia, że potrzebuje on chwili relaksu. W takiej sytuacji prosta gra FPS może być dla niego wybawieniem, które pozwala zachować mu równowagę psychiczną w życiu codziennym.
Może także dowartościowywać grającego, który w takiej sytuacji staje się bohaterem, który pokonuje hordy wrogów. Nie musi on wysłuchiwać narzekań szefa, czy innych niezbyt mądrych i przyjemnych osób. W grze to on jest panem sytuacji i chce to wykorzystać do maksimum.
Czy jest to niebezpieczne? Dopóki dana osoba odróżnia świat gry komputerowej od rzeczywistości nie jest to żadnym problemem. A zdecydowana większość ludzi nie ma z tym kłopotów. Dlatego też strzelanie do komputerowych potworów nie stanowi zagrożenia dla ich życia psychicznego.

Dishonored

Niektórzy porównują Dishonored do Thiefa. Faktycznie da się dostrzec pewne podobieństwa, chociaż są to raczej dalecy kuzyni, a nie rodzeństwo. Nie zmienia to oczywiście tego, że obydwie gry to świetne produkcje, z całą pewnością warte bliższego poznania.
Dishonored zaczyna się bardzo mocno. Od zamordowania cesarzowej, której ochroniarzem i przyjacielem jest główny bohater, a także od porwania jej nieletniej córki. Oczywiście winą za to wszystko zostaje obarczony właśnie on, na skutek czego zostaje umieszczony w więzieniu i skazany na śmierć. Udaje mu się jednak, z małą pomocą, uciec.
Dużą zaletą gry jest fakt, że gracz jeśli nie chce nie musi się skradać. Może po prostu pokonywać wrogów stając z nimi do bezpośredniej konfrontacji. Ma to jednak wpływ na zakończenie, a także na rozwój zarazy jaka panoszy się w mieście (im więcej trupów tym więcej szczurów spotyka się na ulicach miasta). W grze występują także elementy fantasy, można na przykład podsłuchiwać myśli niektórych osób. Bohater realizuje także wiele nietypowych misji w nietypowych sytuacjach (pojawia się na przykład na balu maskowym).
Dishonored jest warte uwagi, bo to bardzo nietypowe połączenie średniowiecznej składanki i gry fantasy. Trudno znaleźć drugą taką grę i już tego względu jest ona zdecydowanie godna uwagi.

Dlaczego lubimy grać solo?

Wiele osób lubi grać w gry sieciowe. Nie ma w tym nic złego, w końcu dzięki temu nie tylko mogą zanurzyć się w inny świat, ale i poznać innych ludzi. Niektórzy nawet w ten sposób zawierają  znajomości, które później przenoszą się także do prawdziwego świata. Niektórzy jednak wolą grać solo. Dlaczego?
Przede wszystkim dlatego, że nie jest się wtedy uzależnionym od innych ludzi. Komputerowe postacie są zdecydowanie bardziej przewidywalne. Nie mają życia prywatnego, ani nie zawierają związków małżeńskich, zatem nie ma ryzyka, że coś się stanie i będą akurat niedostępne. Poza tym nie da się ukryć, że w grach sieciowych fabuła jest często niezbyt dopracowana i schodzi na drugi plan.
Dlatego też jeśli ktoś chce stać się częścią naprawdę epickiej historii to gra sam. Może wtedy ratować świat przed inwazją sił zła i spokojnie nawiązywać relacje z postaciami (tak na marginesie to są one zazwyczaj o wiele bardziej przewidywalne niż prawdziwi ludzie) i spokojnie, bez pośpiechu eksplorować świat.
Całe szczęście, że istnieją gry skierowane zarówno dla jednego gracza jak i te których adresatem są ludzie preferujący multiplayer. Taka różnorodność to bardzo dobre zjawisko. Bo to w niej tkwi siła i piękno świata.

Komandor Shepard

Jednym z największych atutów całej sagi Mass Effect jest jej głowiny bohater – wspomniany w tytule Komandor Shepard. Wystarczy przeszukać Internet, przejrzeć grafiki jakie na jego (lub jej) temat powstają, ile z jego (lub jej) udziałem tworzy się fanowskich opowiadań. Tak, Shepard to bez wątpienia fenomen, który bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnię graczy. I ma swoje miejsce wśród najważniejszych bohaterów gier komputerowych w całej ich historii.
Co jest w Shepardzie tak niesamowitego? Chyba między innymi to, że łatwo się z nim lub nią utożsamić. Nie ma zdefiniowanej płci, koloru skóry, nawet jego pochodzenie może być różne. Ważne jest jedno – jego głównym zajęciem jest ratowanie galaktyki. A przecież niemal każdy chciałby kiedyś choć raz uratować świat. Tymczasem Shepard robi to niemal nieustannie. Tworzy sojusze, rozmawia z przywódcami innych planet, godzi skłócone od lat strony, a także zawiera przyjaźnie, romansuje, niekiedy potrafi być cyniczny. Bohater niemalże idealny.
Z tego też względu jest tak popularny. Każdy widzi z nim cząstkę siebie i wyobraża sobie jakby postąpił, gdyby to on musiał stanąć na czele wojny ze Żniwiarzami. Nie wszystko się twórcom Mass Effect udało, ale główny bohater – bez wątpienia.

Gry przyszłości

Spekulacje na temat przyszłości zawsze są bardzo ryzykowne, o ile akurat nie dysponuje się szklaną kulą. Dotyczy to również tematu gier komputerowych. Bardzo trudno przewidzieć w którą stronę pójdzie przemysł rozrywkowy i jakie technologie będzie wykorzystywał. Czy gry za 20 lat będą wyglądać podobnie jak teraz, czy może będą zupełnie różne? To pytanie, na które niezwykle trudno dać przekonującą odpowiedź.
Można jednak oddać się spekulacjom, niczym to nie grozi (oprócz ośmieszenia się).   Wszystko wskazuje na to, że grafika gier stanie się jeszcze bardziej olśniewająca. Chociaż wcale nie musi być dramatycznie lepsza od tej dzisiaj spotykanej. Trzeba pamiętać, że już teraz niektóre gry odpalone na odpowiednio mocnym sprzęcie do złudzenia przypominają rzeczywistość.
Można także podejrzewać, że grom RPG raczej nie grozi wymarcie. Być może będą one wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj, ale ludzie wciąż będą pragnęli wcielać się w bohaterów ratujących świat od zagłady, spotykać nieszablonowe postacie, walczyć z groźnymi przeciwnikami. Ten gatunek gier ma raczej przed sobą świetlaną przyszłość.
Być może gry w całości przeniosą się do wirtualnej rzeczywistości? Nie jest to wykluczone, czas pokaże.

Czarne charaktery

W większości gier staje się raczej po stronie sił dobra i porządku. Ale te muszą mieć z kim walczyć. Dlatego też bardzo ważną postacią w wielu grach jest przekonujący czarny charakter, zarysowany na tyle dobrze, by zmobilizować gracza do jego pokonania. Było wielu wartych zapamiętania przeciwników w grach w tym tekście zostaną przypomniani niektórzy z nich.
Kane, główny przeciwnik z gry Command and Conquer: Red Alert był szalonym psychopatą. Ale był także w swój sposób magnetyczny, potrafił w niesamowity sposób posługiwać się słowami. Zdecydowanie godnym pamięci przeciwnikiem był Sarevok z sagi Baldur’s Gate. Brat głównego bohatera pragnący niczego innego tylko jego śmierci, nie dał mu spokoju nawet na innym świecie, a potem…zostawał jego towarzyszem.
Bardzo specyficznym czarnym charakterem był Revan z pierwszej części Knights of the Old Republic. Przez większość gry słyszmy o nim najgorsze rzeczy, ścigamy jego ucznia. Po czym dowiadujemy się, że to my jesteśmy Revanem. Zdumiewająca i szokująca zmiana ról. Świetnie został przedstawiony Joker w serii gier o Batmanie. Czarujący psychopata, który lubi czasami dla rozrywki kogoś potorturować a później zabić. A to kilku z całego szeregu łotrów jakich spotyka się w śniecie gier.

Zwyczajna wojna, zwyczajni ludzie

Wiele gier przedstawia wojny. Ale w przeważającej większości z nich gracz bierze w nich udział. Może być bohaterem decydującym o jej przebiegu, dowódcą kierującym ruchami wojsk, czy też szeregowym żołnierzem. W każdym z tych wypadków jest uczestnikiem danego konfliktu. A co z cywilami? Ci zazwyczaj są w grach nieobecni. Jednak zwróciło na nich uwagę polskie studio 11 bit studios i stworzyło grę This War of Mine, w której kieruje się zwykłym człowiekiem znajdującym się w samym środku wojennego piekła.
Gra jest zainspirowana konfliktem jaki wstrząsnął Bałkanami w pierwszej połowie lat 90. To była naprawdę okrutna wojna, której apogeum była masakra w Srebrenicy. W takich realiach gracz staje na czele grupki cywili. Jedynym celem tej gry jest przeżycie. Ale nie jest to łatwe. Wokół szaleje wojna, a brakuje wszystkiego – jedzenia, ciepłych koców, broni. Niekiedy trzeba podjąć dramatyczną decyzję i kogoś poświęcić. To nie jest miła i wesołą gra, wprost przeciwnie.
Ale może mieć walor edukacyjny, być może ci którzy po nią sięgną zrozumieją, że wojna to nie jest tylko starcie tamtych z naszymi. To jest także dramat ludzi, którzy zostali w nią wciągnięci wbrew własnej woli. Już choćby z tego powodu warto zapoznać się z tą pozycją.

Znaczenie marki

Nie da się ukryć – wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu podatni na marketingowe sztuczki.  W końcu opracowują je specjaliści w swojej dziedzinie, a tacy nie lubią czegokolwiek pozostawiać przypadkowi. Teoretycznie w przypadku gier komputerowych recenzje są po to by ostrzec graczy przed ich pięknymi słówkami, ale niestety recenzenci nie zawsze są rzetelni i niekiedy również oni poddają się czarowi marketingowych haseł. A one szczególnie silnie działają w ustach ludzi, którzy już wcześniej odnieśli jakiś sukces.
To jest powód dla którego taki gigant jak Electronic Arts przejął tak znane firmy tworzące gry jak Bioware, czy Maxis. Cieszyły się one sympatią graczy i w związku z tym były obdarzone sporym kredytem zaufania. Dlatego też, nawet teraz, gdy kilka ostatnich produkcji wydanych pod szyldem Biwoare okazało się być dużym rozczarowaniem, wciąż wielu ma nadzieję, że tworzona aktualnie Mass Effect: Andromeda będzie powrotem tej firmy do korzeni.
Może tak będzie, ale śmiem to wątpić, bo tak naprawdę to zupełnie inna firma i zupełnie inni ludzie, jedynie szyld pozostał ten sam. A on działa, zatem Electronic Arts może już zacierać ręce – sukces finansowy ma ME: A pewny jak w banku.

Quake 3 Arena – wspomnień czar

To była swego czasu jedna z najbardziej popularnych gier sieciowych (chociaż niektórzy preferowali Unreal Torunament). A także jedna z najlepszych takich gier w ogóle, o czym świadczy, że wiele osób wciąż w nią gra. A na Steamie kosztuje…20 euro (na marginesie to jednak lekka przesada, ta gra ma 17 lat).
Pierwsze dwie odsłony Quake’a to były kamienie milowe w rozwoju FPS-ów. Trzecia część serii w sumie też, chociaż zrywała ze wszystkimi jej tradycjami. Zrezygnowano z fabuły – nawet w trybie single player zabawa polegała po prostu na walce z botami na specjalnie do tego celu przygotowanych Arenach. Jednak gra z komputerowymi przeciwnikami to nie to samo, co gra z żywym człowiekiem, dlatego też QIIIA to przede wszystkim gra sieciowa.
Co ją wyróżnia? Niezwykle dynamiczne tempo rozgrywki wymuszające na graczu reagowanie na zmieniającą się sytuację niemal natychmiast. Tu nie ma czasu na myślenie, trzeba mieć refleks. Graczom oferowano kilka trybów: Deathmatch (każdy na każdego), Team Deatmatch (rywalizują ze sobą dwie drużyny), Capture the flag (zdobądź flagę, należy dostarczyć flagę przeciwnika do obozu swojej drużyny) i Tournament (pojedynki jeden na jednego). Gra dostarczała i wciąż dostarcza naprawdę silnych emocji.

Batman – gry warte uwagi

Premiera Batman: Arkham Asylum była dużym wydarzeniem. Gracze lubią wcielać się w superbohaterów, niestety wiele gier z tymi postaciami dotychczas bardzo mocno rozczarowywało. Tym razem było inaczej, ta zręcznościówka z widokiem z perspektywy trzeciej osoby była świetna. Zebrała także bardzo dobre recenzje i stała się początkiem znakomitej serii.
Co było jej głównymi atutami? Przede wszystkim swoboda jaką dawała graczowi, poruszał się on gdzie chciał i kiedy chciał i na szczęśćcie miał co robić w większości miejsc. Dużą zaletą była też różnorodność wyzwań stawianych przed graczem. Niekiedy musiał on stawiać czoła przeciwnikom w bezpośredniej walce, innym razem działał z ukrycia. Niekiedy musiał też rozwiązać jakąś zagadkę, chociaż trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nie były one zbyt wymagające.
Choć największym atutem gry była możliwość spotkania postaci znanych z komików i filmów. Joker, Harley Quinn, Bane, Riddler, oni wszyscy pojawiali się w grze i odgrywali w niej dużą rolę. Stanowiło to niebagatelny atut, zwłaszcza, że zostali oni odzwierciedleni w świetny sposób.
Również kolejne części gry nie zawodziły i wnosiły do serii nowe elementy, a wydany w ubiegłym roku Arkham Night jest uważany za jedną z najlepszych gier 2015 roku.

Staroszkolne RPG-i wrócą do łask?

Klasyczne cRPG znalazły się w pewnym momencie niemalże na krawędzi wyginięcia. Wynikało to z tego, że gatunek ten był niezwykle wyeksploatowany i można było sądzić, że nie ma on już wiele więcej do zaoferowania graczom. Nie były to opinie absurdalne, w końcu RPGi tworzone w nowym stylu nie były wcale złe. Wystarczy wspomnieć takie produkcje jak Wiedźmin, czy Mass Effect. Były to świetne gry, wprowadzające wiele nowych rozwiązań.
Wiele wskazuje, że staroszkolne RPGi jednak nie zginęły, a wkrótce mogą się mieć całkiem nieźle. Pierwszym symptomem tego zjawiska był sukces jakie odniosły odświeżone i rozszerzone przez studio Beamdog obie części Baldur’s Gate. Okazało się, że jest sporo graczy, którzy tęsknią za takimi grami, a i ci którzy zetknęli się z nimi po raz pierwszy wcale nie są zdegustowani. Przeciwnie – oni też chcą więcej.
Potwierdził to duży sukces jaki odniosło stworzone przez Obsidian Pillars of Eternity. Gra w każdym aspekcie nawiązywała do tytułów jakie ukazywały się na początku XXI wieku, zarówno pod względem stylistyki, aspektów technicznych, oprawy jak i fabuły. Spodobało się to graczom, dlatego teraz można spodziewać się kolejnych tytułów utrzymanych w podobnym klimacie.

Historia w grach

W większości przypadków gry traktują historię po macoszemu. Ot, twórcy znajdują ciekawe wydarzenie historyczne i umieszczają podczas nich akcję tworzonej przez siebie gry. Zazwyczaj nie towarzyszy temu zbyt duża dbałość o szczegóły i realia, czemu w zasadzie trudno się dziwić.
Uwzględnienie wszystkich aspektów historycznych wymagałoby naprawdę dużego wkładu pracy, co niekoniecznie jest warte zachodu. Przecież większość graczy raczej nie przejmuje się tym jaką bronią posługiwał się prawdziwy średniowieczny rycerz oraz czy dokładnie oddano działanie karabinu z czasów I wojny światowej.
Gry komputerowe to forma rozrywki, a nie przyspieszony kurs historii. Trochę większa dbałość o wyjściową sytuację polityczną występuje w przypadku gier strategicznych takich jak na przykład seria Europa Universalis. Tam starano się jak najdokładniej oddać relacje panujące pomiędzy poszczególnymi państwami, przykładając dużą wagę do detali. Oczywiście z tej sytuacji wyjściowej mogą się wykreować zupełnie nierealne scenariusze i na przykład Polska może zdobyć władzę na całą Europą.
Generalnie w kwestii podejścia do realiów historycznych panuje raczej luźne podejście i to chyba dobrze, bo chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, a nie o realizm.

Mass Effect 3 – z perspektywy czasu

Upłynęło sporo czasu od premiery trzeciej części Mass Effecta, można więc teraz na spokojnie jej się przyjrzeć i ją ocenić. Zaraz po premierze towarzyszyły jej gorące emocje co sprawiło, że trudno było zachować trzeźwość sądów. A więc jaką grą jest Mass Effect 3?
Najkrótsza odpowiedź brzmi: niezłą, ale najgorszą z serii. Ma sporo wad: zupełnie nieudany dziennik, niemalże brak misji pobocznych, poszarpaną i nielogiczną fabułę, dzikie tempo rozgrywki wynikające z błędnych założeń początkowych (gar zaczyna się, gdy już trwa inwazja Żniwiarzy!), niewiarygodne przemiany psychologiczne jakie przeszły niektóre postacie (np. Ashley Williams).
A co jest w niej dobre? To wciąż jest Mass Effect, wciąż kierujemy Shepardem, wciąż odwiedzamy niezwykle dużą ilość planet, wciąż spotykamy znane postacie i poznajemy nowe. Trafiają się też naprawdę świetne sceny np. chwila relaksu z Garrusem na Cytadeli.
Tak więc to nie jest zła gra, ale jest wyraźnie słabsza od poprzedniczek, w dodatku dużą przyjemność z gry psuje fatalnie rozwiązane zakończenie (doprawdy, co oni sobie mysleli?). Nie ma co wieszać psów na twórcach, ale trudno nie pozbyć się wrażenia, że Komandor Shepard zasługiwał na lepsza zamknięcie swojej historii.

Wizerunek kobiet w grach

W ostatnich kilku latach (na Zachodzie, do Polski ten trend jeszcze nie dotarł) pojawił się swego rodzaju „feministyczny” nurt w opisie gier. Jego przedstawicielki twierdzą, że kobiety w grach są traktowane w sposób skandaliczny, a większość tytułów reprezentuje tylko męski punkt widzenia.
W tym ostatnim stwierdzeniu pewnie jest ziarno prawdy. W końcu gry są jednak w przeważającej większości tworzone przez mężczyzn, często również głownie dla mężczyzn. Ale czy obraz kobiet w grach jest faktycznie aż tak zły?
To prawda zdarzają się w grach postaci przeseksualizowane, zdarza się też, że gry przedstawiają kobiety jako ogół (nie poszczególne postacie) niezbyt korzystnie. Widać to było na przykład w pierwszym Wiedźminie, gdzie twórcy zastosowali bardzo infantylny pomysł i gracz otrzymywał „karty” za uprawianie seksu z różnymi kobietami. To nie był fajny zabieg i nigdy później go nie powtórzono, zresztą na obronę twórców można dodać, że ani Shani ani Triss to nie są źle napisane postacie, to bardzo niezależne kobiety.
A poza tym? Czy na przykład Shepard kobieta w jakikolwiek sposób ustępuje swojemu męskiemu odpowiednikowi? Raczej nie, wydaje się, że feministki swoim zwyczajem przesadzają i robią z igły widły, gdy opowiadają jak to kobiety są strasznie źle traktowane przez twórców gier.

Uczciwość recenzentów

Niegdyś recenzent gry komputerowej to był ktoś. Otrzymywał grę zanim którykolwiek gracz mógł jej dotknąć a jego słowo było świętością. Ta sytuacja miała oczywiście pewne wady. Był on poddawany wielu naciskom ze strony producentów i wydawców gier, którzy chcieli by ich projekt był jak najwyżej oceniony. W dobie youtube’a ta sytuacja nieco uległa zmianie. Słowo recenzenta nie jest już świętością.
Teraz każdy naocznie może się przekonać jak wygląda dana gra. Oczywiście niegdyś dostępne były wersje demonstracyjne, ale nie każdy producent je udostępniał, poza tym zazwyczaj ukazywały one najlepsze fragmenty gier, co nie pozwalało wyrobić sobie wiążącej opinii o danym tytule. Teraz dużo łatwiej przekonać się, czy dana gra jest czymś co może nas zainteresować.
A jednak problem z brakiem obiektywizmu recenzentów wciąż istnieje. Dobitnie to widać w przypadku premier głośnych tytułów. Nikt nie zająknął się słowem o słabym zakończeniu Mass Effect 3, dopiero po głośnych protestach graczy zaczęto o nich pisać. Tak samo Dragon Age: Inkwizycja cieszyła się przychylnością recenzentów, gracze jej aż tak nie chwalili.
Warto czytać recenzje, jednak dobrze jest, gdy wiemy, że autor danego tekstu ma gust podobny do naszego. Wtedy są duże szanse, że dobrze oceniona przez niego gra i nam się spodoba.

E-sport i jego przyszłość

Jeszcze dziesięć lat temu gry sieciowe w Polsce to byłą tylko i wyłącznie zabawa dla dzieciaków spędzających czas po szkole. Dziś jest to odbierane w naszym kraju zupełnie inaczej. Wszyscy wiedzą, że na graniu w gry komputerowe można zarobić naprawdę dobre pieniądze. Oczywiście wymaga to lat treningów. Jaka jest przyszłość E-sportu?
Wydaje się, że świetlana. Uwzględniając fakt, że coraz więcej osób gra w gry komputerowe, a także inwestuje się w nie coraz większe pieniądze, trudno spodziewać się by się nie rozwijał. Zwłaszcza, że gracze coraz częściej stają się osobami znanymi publicznie i zarabiającymi pieniądze na swoim wizerunku. Wszystko wskazuje, że e-sport będzie traktowany coraz poważniej.
Wystarczy zerknąć na nagrody jakie oferowane są graczom, ich sumy niejednokrotnie wynoszą kilkaset tysięcy dolarów. Oczywiście trzeba pamiętać, że ci gracze to profesjonaliści grający w daną grę po kilka godzin dziennie, co wymaga nie tylko wytrzymałości fizycznej ale też psychicznej. Nawet e-sport to nie jest sport dla każdego.
Nikt już nie wstydzi przyznawać się, że lubi grać w gry. Tak więc tym bardziej nikt nie wstydzi się przyznać, że zarabia pieniądze na graniu w nie. E-sport stał się po prostu kolejną gałęzią elektronicznej rozrywki.

Najbardziej charakterystyczni bohaterowie gier komputerowych

Gry komputerowe opowiadają historie. Jedne są bardziej skomplikowane i ciekawe, inne mniej. Ale w zdecydowanej większości przypadków rozgrywają się one wokół głównego bohatera i jego losów. W historii gier pojawiło się wielu bohaterów godnych zapamiętania. Spróbuję wymienić choć kilkoro z nich, pomijając przy tym gry RPG, bo po uwzględnieniu ich nie zmieściłby się postacie z innych gatunków gier.
Trudno nie wspomnieć Lary Croft. Pani archeolog to pierwsza bohaterka gier, która stałą się symbolem popkultury. Nie da się ukryć, że odniosła gigantyczny sukces marketingowy. Innym charakterystycznym bohaterem gier wywodzącym się z lat 90 był Duke Nukem. Sypiący celnymi ripostami mięśniak to też nie jest postać, którą łatwo zapomnieć. Trudno też nie wspomnieć o odzianej w lateksowy strój półwampirzycy Rayne (szkoda tylko, że zupełnie zmasakrował tę postać Uwe Boll w swoich filmach).
Z innej beczki warto pamiętać Max Payne’a. Policjant walczący sam ze sobą i mierzący się z tragedią jaka go spotkała, skazany na klęskę i budzący współczucie, a jednocześnie niezwykle twardy. Warty pamiętania zdecydowanie jest też Gordon Freeman, naukowiec, zmuszony do zostania bohaterem. Nigdy nie wypowiedział słowa, więc nietrudno było się z nim garczowi utożsamiać.

Planescape Torment – warto wracać

Takiej gry nie było nigdy przedtem. I możliwe, że już nigdy nie będzie. Pomimo swojego wieku to prawdziwa perełka, w którą koniecznie trzeba zagrać. Swego czasu niektórzy określali, że to pomost pomiędzy RPG-iem, a przygodówką. Takie opinie wynikały z ilości tekstu jaki został umieszczony w grze, faktycznie robiła ona wrażenie.
Co było takiego rewelacyjnego w tej grze? Niemal wszystko. Główny bohater budzi się i nic nie pamięta, a podstawy otaczającego go świata objaśnia mu…gadająca i latająca czaszka. Potem jest niemniej osobliwie i niemniej ciekawie. Opisanie świata gry i rządzącychn im reguł jest bardzo trudne, poza tym nie warto odbierać Czytelnikowi przyjemności osobistego jego poznania. Aby jednak pokazać mu przedsmak wspomnę, że w grze występuje coś na kształt domu publicznego, tylko, że jest to…Przybytek Zaspokajania Żądz Intelektualnych prowadzony przez sukkuba.
Świat gry jest tak niezwykły i wciągający, że chociaż gra jest dość długa to grając w nią nie odczuwa się upływającego czasu. Towarzysze głównego bohatera również mają motywacje, które kierują ich postępowaniem i nie zawsze są one szlachetne. W zasadzie trudno znaleźć w PT jakąś szablonową postać. Warto zagłębić się w świat tej gry, to niezapomniane przeżycie.

L.A. Noire – mogło być lepiej

Stany Zjednoczone zaraz po wojnie. Gra detektywistyczna. Stworzona przez Rockstar Games. To nie może nie być hit.  I w sumie był, chociaż trudno pozbyć się wrażenia, że mogła to być gra o wiele lepsza, gdyby trochę dłużej nad nią popracowano. Co nie zagrało?
Przede wszystkim – to nie jest GTA osadzone w Los Angeles na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych i nie chodzi o to, że tym razem bohaterem gry jest stróż prawa. Wprawdzie gracz ma swobodę w poruszaniu się po mieście, problem w tym, że nie za bardzo ma co w nim robić poza realizacją zadań dodatkowych. Niewiele się poza tym w nim dzieje. Dość rozczarowująca jest fabuła. Wprawdzie gracz dużo dowiaduje się o bohaterze gry, poznaje jego historię wojenną (służył w marines), śledzi jego życie prywatne, ale to wszystko nie wzbudza w nim większych emocji. Główny bohater pomimo prowadzenia burzliwego życia sprawia wrażenie papierowego, nijakiego.
Za to same śledztwa i przesłuchania zostały zrealizowane bardzo dobrze i stanowią bardzo mocny punkt gry. Widać, że wiele pracy włożono w opracowanie poszczególnych spraw. Szkoda, że inne elementy gry nie są tak dopracowane, bo wtedy gracze otrzymaliby grę znakomitą, a nie zaledwie bardzo dobrą.

Dubbing czy napisy?

W przypadku filmów nietrudno odpowiedzieć na tytułowe pytanie. Zdecydowana większość osób preferuje oryginalną ścieżkę dźwiękową z polskimi napisami. W przypadku gier jest zazwyczaj podobnie, chociaż zdarzają się wyjątki (zresztą w świecie filmów też, w końcu chyba wszyscy pamiętają „Shreka”).
Zaliczyć do nich można na przykład wszystkie części „Wiedźmina” (chociaż nie wiem, która wersja w tym przypadku jest „oryginalna”). Jest to zrozumiałe w końcu to polskie gry i to dość mocno osadzone w klimatach słowiańskich, tak więc nie wszystkie aluzje do polskiej rzeczywistości byłyby zrozumiałe w obcym języku. Choć do angielskiego dubbingu angażowano dobrych aktorów, to w tym przypadku polskie znaczy lepsze.
Trudno powiedzieć, czy były lepsze od oryginałów, ale świetnie zostały podłożone głosy w obydwu częściach Baldur’s Gate, nic zresztą dziwnego, bo głosy podkładały tam takie postacie jak Marek Perepeczko, czy Jan Kobuszewski. Świetnie wpisali się w klimat tej sagi fantasy, ale nie ma w tym nic dziwnego, to prawdziwi profesjonaliści.
Ale ogólnej reguły to nie zmieniło. Niemal zawsze lepiej słyszeć angielskie głosy, co najwyżej z dodatkiem polskich napisów. Choć najlepiej jest, gdy każdy może sam wybrać model, który mu odpowiada.

Binary Domain – zwykła strzelanka, czy…coś więcej

Binary Domain nie jest grą wybitną. Jest to shooter TPP próbujący wnieść kilka innowacji do gatunku, ale też nie starający się na nowo odkryć koła. Generalnie byłaby to gra, którą można zbyć wzruszeniem ramion, gdyby nie zaskakująco głęboka jak na ten typ gry fabuła, poruszająca dość istotne problemy.
Jest rok 2080. Większość Ziemi nie nadaje się do zamieszkania co zostało spowodowane przez powódź wywołaną przez globalne ocieplenie. Ale jest to także era maszyn, które, mniej lub bardziej skomplikowane, występują niemal wszędzie. Niektóre z nich tak upodobniły się do ludzi, że są nie do odróżnienia. A niektóre z nich nawet nie są świadome swojego braku człowieczeństwa (tak, pachnie to nieco Blade Runnerem).  Zgodnie z nową konwencją genewską tworzenie takich robotów zostało zakazane. Nie wszyscy jednak tego zakazu przestrzegają
Kierujemy żołnierzem, który został wysłany by wyeliminować to zagrożenie i uniemożliwić skonstruowanie większej liczby takich robotów (i pozbyć się już istniejących). Zazwyczaj działamy wraz z dwójką towarzyszy. Dość ciekawy jest system zaufania, jakie w zależności od naszych działań mają do nas towarzysze. Wpływa ono na decyzje jakie podejmują w trakcie gry. Ale najciekawsze jest w tej grze, że naprawdę zadaje ona pytanie: co się stanie, gdy roboty będą jak ludzie.

Przedstawienie miłości w grach

Gry starają się być coraz bardziej dojrzałe, dlatego coraz częściej sięgają po dorosłe tematy takie jak śmierć, przemijanie, nienawiść, czy…miłość. Z przedstawianiem tej ostatniej często jednak mają problem, twórcy bardzo banalizują temat, mając problem z wiarygodnym jego przedstawieniem.
Dlatego też wiele romansów w grach rozwija się w dość standardowy sposób. Bohater mniej lub bardziej natarczywie zaleca się do konkretnej postaci, a ta prędzej czy później zaczyna odwzajemniać jego uczucie. Taki schemat nie musi być zły, o ile wszystko jest rozegrane w sensowny sposób, niestety większość gier ma z tym problem. Z takich lepiej poprowadzonych romansów przychodzi na myśl Knights of the Old Republic i związek Revana z Bastilą, choć i w tym przypadku twórcy nie ustrzegli się pewnych nielogiczności.
Całkiem rozsądnie ten problem rozwiązano w rodzimym Wiedźminie, choć trudno nie zwrócić uwagi na fakt, że w tym przypadku twórcy działali na gotowym materiale, musieli tylko dostosować znane z powieści Sapkowskiego postaci do realiów gier komputerowych.
Wydaje się, że jeszcze żadna gra nie zdołała w przekonujący sposób opowiedzieć o uczuciu dwoje ludzi. Nie jest to łatwe, ale być może komuś się to w końcu uda.

Bohaterowie w grach Bioware

W przypadku gier RPG ciekawe postacie występujące w świecie to jedna z ważniejszych składowych ich oceny. Tyle, że stworzenie naprawdę oryginalnej postaci jest niezwykle trudne, niełatwo jest nie popaść przy ich tworzeniu w pewien schemat. Dość dobrze da się to zauważyć na podstawie gier Bioware. Wiele stworzonych przez to studio ma dość podobne cechy charakteru.
Na przykład Morrigan z Dragon Age’a pod wieloma względami przypomina Viconię z Baldur’s Gate. W obydwu przypadkach ma się do czynienia z postaciami bardzo niechętnymi wobec innych i zdecydowanie sprzeciwiającymi bezinteresownemu niesieniu pomocy. Obydwie też zaczynają żywić coraz cieplejsze uczucia wobec głównego protagonisty.
Trudno też nie zauważyć podobnego rysu psychologicznego Aerie z Wrót Baldura i Tali z Mass Effect. Obydwie mają za sobą traumatyczne przeżycia, obydwie są nieco naiwne i niekiedy zbyt emocjonalne. Na siłę można by też spróbować dopasować do tego schematu Lelianę z Dragon Age, ale ona jednak jest bardziej niezależna od opisywanej dwójki.
Jakby poszukać dokładniej to dałoby się znaleźć jeszcze trochę podobieństw. Na przykład Fenris-Thane, czy Khaled-Kaidan. Wydaje się, że przy tworzeniu postaci niekiedy brakuje Kanadyjczykom inwencji.